Będąc już "dużą dziewczynką" poczułam ZEW. Zaraziłam się. Postanowiłam spróbować. Najpierw pojedynczo, potem całymi stadami. W ten sposób poznawałam nowe techniki rękodzielnicze. Nadal jest wiele takich, które pozostają dla mnie tajemnicą. Być może kiedyś po nie sięgnę. Póki co cieszę się tymi które zmam, zgłębiam je i... nieustannie żałuję, że mam dla nich tak mało czasu!

Każdą chwilę poświęcam na pasję! Witam Cię w moim rękodzielniczym świecie przyjemności :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pogadanka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pogadanka. Pokaż wszystkie posty

środa, 2 grudnia 2015

Wspólne dzierganie i czytanie: witam w grudniu

Jakiś czas temu wspominałam, że mam nadzieję, iż listopad będzie dla mnie łaskawy i przyniesie trochę oddechu po intensywnym październiku. Przeczytał to chyba Los, a jak wiadomo, ta paskuda potrafi być złośliwa. Skończyło się na tym, że przez 10 dni uczestniczyłam w maratonie listopadowego blogowania, a potem przepadłam. Wczoraj pomyślałam, że muszę wrócić przynajmniej do wspólnego dziergania i czytania i już zaczęłam przekładać to na "od początku miesiąca", kiedy zorientowałam się, że to oznacza właśnie dziś :D Nie miałam już wymówek, więc...


Wprawdzie od listopada moje środy są wyjątkowo niesprzyjające blogowaniu, ale może się uda. A jak nie to się może przeniosę na czwartki. Zobaczymy.

Pora więc na kolejne zdjęcie z serii...


Tak się stało, że na drutach w tej chwili tylko pasiasty sweter. W trakcie mojej nieobecności "w grze" przewinęło się przez moje ręce kilka robótek, które zostały już szczęśliwie ukończone. Sweter też jest w fazie dążenia do finiszu raczej, choć niestety dziś tknęłam go pierwszy raz od dawna i moje nim zainteresowanie zostanie już prawdopodobnie w piątek (planuję odebrać paczkę z pasmanterii) wyparte przez prezenty świąteczne :) 
A propos świat - na zdjęciu pojawia się też wielkie szydło i czerwone coś, co będzie docelowo dywanikiem pod choinkę. Powstaje on z pociętych koszulek, które dostałam od moje F do wykorzystania :) Dywanik będzie niewielki, ale za to cały z tego samego materiału, bo było to 6 identycznych koszulek :) Poświęcam temu projektowi bardzo mało czasu, a to głównie dlatego, że cięcie tych koszulek i praca z szydełkiem nadwyręża znacznie mój nadgarstek. Ostatnio zaobserwowałam właśnie, że przygody z szydełkiem mi nie służą. Muszę znów skupić się na drutach, w trosce o zdrowie :)

O książce nawet nie powinnam wspominać. Nie tknęłam jej kilka tygodni. Leży i patrzy na mnie z wyrzutem...

Na dziś to by było tyle, muszę teraz zmierzyć się z przyziemnymi sprawami, w nadziei, że dzień ostatecznie uda się zaliczyć do udanych :)

Pozdrawiam grudniowo!

piątek, 13 listopada 2015

Blogowy maraton listopadowy: ciepło

Choróbsko mnie jakieś chyba rozkłada, albo inne cuś. Jednym słowem złapałam niemoc taką trochę egzystencjalną, co objawiło się moją nieobecnością.
Dzisiejszy temat bardzo mi pasuje. W pracy znów (średnio co miesiąc to się zdarza!) mamy awarię ogrzewania. Ciepło nie było.
Teraz jestem w domu. Jest mi ciepło. Fizycznie i psychicznie komfortowo i przytulnie. Sporą część popołudnia spędziłam z ciepłą herbatą, pod ciepłym kocem i z cieplutką robótką ;)


Aaaa. i kubek w ciepłym sweterku i koty na tkaninie też w ciepłych sweterkach. :P
W to mi graj!

Jak dobrze, że już weekend!

wtorek, 10 listopada 2015

Blogowy maraton listopadowy: Jutro


I na tym mogłabym poprzestać :P
Ale dodam jeszcze, że najbardziej lubię takie jutro, które przyjdzie jutro, a brzmi ono: "jutro się wyśpię, bo jutro jest wolne" :) 


poniedziałek, 9 listopada 2015

Blogowy maraton listopadowy: Obraz

Zupełnie nie miałam pomysłu na dzisiejszy temat. A potem sobie przypomniałam, że przecież bardzo powoli, ale tworzę obraz. Jeszcze nic nie przedstawia, ale ostatecznie ma wyglądać tak:


U mnie to na tę chwilę prezentuje się tak:



A w czasie ostatniej prezentacji było tak:

Więc całkiem sporo przybyło.
Mam ten haft na podorędziu. Już nie kiśnie gdzieś w kufrze, tylko leży na półce, więc czasem do niego siadam, choć na chwilę. Na ten moment dziura, która jest do wypełnienia w lewym górnym rogu to jeden kolor, więc całkowicie bezmyślna robota. Może uda mi się ją wypełnić. A potem jeszcze milion lat i skończę całość :D



sobota, 7 listopada 2015

Blogowy maraton listopadowy: nogi

Dziś temat anatomiczny nam się trafił. Nogi... cóż można o nogach powiedzieć. Mam, nawet dwie ;) Na dodatek są najczęściej komplementowaną częścią mnie :P Chwalą zazwyczaj koleżanki, twierdzą, że zazdroszczą i to pewnie dlatego moje nogi często mają problemy zdrowotne. Obecnie też czekam na wizytę u ortopedy żeby zaprezentować mu swoje kolana. Łatwo nie jest...


Swoje nogi prezentowałam ostatnio w związku ze skarpetkami w owieczki :) 

A dziś zaprezentuję nogi, które wczoraj stworzyłam...


Właśnie zabieram się za dorabianie stworkowi głowy :) Kto nie ma w głowie ten ma w nogach ;) 



piątek, 6 listopada 2015

Blogowy maraton listopadowy: niebieski

Niebieski nie jest moim ulubionym kolorem. Niebiesko-zielony, taki morski to zupełnie inna sprawa. Potrafi panoszyć się w mojej garderobie całkowicie wypierając inne barwy. Ale niebieski? Nie, jakoś nie czuję ;)

Jechałam dziś do pracy szukając inspiracji do napisania tego posta. Bo skoro to nie jest mój ulubiony kolor to o czym pisać... Nie mam nic niebieskiego do pokazania, choć w ostatnim swetrze, który się dzierga (i pojawia w środowym wspólnym dzierganiu i czytaniu) pojawiają się granatowe i błękitne paseczki...
Jechałam tak i jechałam, aż tu nagle w słuchanej składance pojawiła się piosenka...


Nie zwróciłam na nią większej uwagi, póki do moich uszu nie wpadło słowo "niebieski" :)
Piękna piosenka, w której można szukać wsparcia, siły i sensu w ciężkich chwilach. W chwilach, kiedy nasz nastrój jest wyraźnie w kolorze "blue". I wtedy zaczęłam się zastanawiać dlaczego smutek jest właśnie blue mood. Potrafi ktoś odpowiedzieć na to pytanie? Kiedy jestem smutna widzę swój nastrój raczej w szarościach, dokładnie takich, jakie od jakiegoś czasu nieustannie pokrywają całe niebo. Szary jest dla mnie smutny, ponury... a niebieski to niebo wolne od chmur, jasne, ciepłe blaskiem słońca odbijającym się od błękitnej wody. Niebieski to (obok zielonego oczywiście) wiosna! A ja wiosny już bardzo pragnę!
Skoro inspiracja wzięła się z muzyki to pozostanę w tym nurcie: "Oprócz błękitnego nieba nic mi dzisiaj nie potrzeba" :)


I jeszcze jedna "niebieska" piosenka:



Błękitnego nieba i żółtego słońca sobie i Wam życzę na zbliżający się weekend! 



czwartek, 5 listopada 2015

Blogowy maraton listopadowy: Prosty

Dzisiejszy temat choć brzmi "prosty" okazał się dla mnie najtrudniejszy jak do tej pory. Jakoś nic mi do głowy nie przychodziło. No bo o czym miałabym pisać? Że lubię wzory, które wyglądają bardzo efektownie, ale okazuje się, ze ich wykonanie jest bardzo proste? No, lubię, ale to się w jednym zdaniu mieści, na temat posta się nie nadaje ;)

A potem pomyślałam o tym, na co się ostatnio doczekać nie mogę :P Zainspirowana torebkami na robótki uszytymi przez Amanitę postanowiłam sama dla siebie taką uszyć. To nie będzie proste, bo choć przy maszynie już siedziałam, to jednak nie mogę się pochwalić niczym co stworzyłabym od podstaw sama. Drobiazgi, nieśmiałe próby.
Ale teraz się zawzięłam! Najpierw kupiłam odpowiedni do projektu materiał...


Koty, kłebuszki i żakardowe sweterki - wszystko jak najbardziej w temacie :) Dodatkowo tkanina nazywa się "Knitty Kitty" :)
Wczoraj wybrałam się na zakupy uzupełniające. Potrzebowałam zamka, fizeliny i materiału na podszewkę. Ten ostatni postanowiłam kupić w stacjonarnym sklepie drecotton. I odkryłam bawełniany raj! :) 
Jakie tam śliczności na półkach mają! O rajciu! Dopadłam do półek z końcówkami w promocyjnych cenach i ledwo się powstrzymałam żeby nie wziąć wszystkich ;) Wróciłam z takimi łupami


Szara w groszki, będzie podszewką do "Knitty Kitty", a reszta posłuży do kolejnych project bag-ów ;) Przecież robótek zawsze dostatek, a szyjąc więcej sztuk nabiorę wprawy ;) 
I może przy ostatnim wszystkie szwy będą PROSTE :) 


środa, 4 listopada 2015

Blogowy maraton listopadowy: List

Drogi Święty Mikołaju!

   Wiem, że jest jeszcze wcześnie, ale chciałabym żebyś miał dużo czasu na przygotowania. Zbliża się okres podarków, a ja mam tak wiele marzeń do spełnienia...
   Na szczycie mojej listy znajduje się przepięknej urody sweterek zaprojektowany przez Amanitę. Marzę o Mistyaire odkąd go zobaczyłam, więc możes pomóc mi zdobyć ten wzór. Chciałabym go zrobić w mięciutkiej włóczki w najpiękniejszym na świecie kolorze. Dużo już czasu spędziłam na szukaniu takich moteczków, ale nic z tego nie wyszło. Jest tyle pięknych kolorów, że musiałbym zrobić przynajmniej 10 swetrów! Mój dylemat byłby rozwiązany, gdybym pod choinką znalazła zestaw precelków, których barwę wybrałbyś Ty, Mikołaju! :) Tak, znów próbuję zrzucić odpowiedzialność i pozbyć się ciężaru konieczności podejmowania decyzji :) 
   Jak już będę miała te cudowne nitki, to przydałyby się równie cudne narzędzia do pracy z nimi. Wprawdzie zawsze uważałam, że na najzwyklejszych chińskich drutach też można działać, ale odkąd spróbowałam współpracy z KnitPro Symfonie Wood "trochę: zmieniło się moje zdanie na ten temat. Pokochałam je i chcę mieć wszystkie. Bez Twojej pomocy, Mikołaju, będę uzupełniać kolekcję bardzo długi czas, tym bardziej, że na razie mam w niej tylko rozmiar 3,50 mm.
   Skoro będę miała i włóczkę, i druciki to chciałabym móc usiąść w pięknym, przytulnym miejscu, które będzie moim robótkowym kącikiem. Chciałabym żeby stał w nim wygodny fotel, półki wypełnione były moteczkami i różnymi przydasiami niezbędnymi przy pracy. I żeby było tam biurko, na której stanie maszyna do szycia. Chciałbym się nauczyć szyć tak na poważnie, ale teraz trudno mi się zmobilizować, bo przygotowanie stanowiska pracy zajmuje mi więcej czasu niż w ogóle mogę wygospodarować w ciągu dnia... Załączam kilka zdjęć pięknych kreatywnych zakątków :)





   Skoro miałabym już miejsce do dziergania to pozostaje już tylko jedna rzecz, której mi brakuje... czas! Proszę Cię, Mikołaju o dodatkowe godziny w ciągu dnia, które będę mogła wykorzystać na rozwijanie swoich pasji. Obiecuję wspomagać Twoje Elfy w produkcji świątecznych prezentów, o ile tylko będę miała kiedy się za to zabrać. A dla Ciebie wydziergam piękny wełniany sweter...

                                                                                                     Twoja Izzy

PS. Tak naprawdę to najbardziej pragnę czegoś zupełnie innego, ale boję się jeszcze o to prosić... może za rok...


Wspólne dzierganie i czytanie: restart

Po tygodniowej przerwie wracam do zabawy u Maknety. Dziś w związku z tym dwa posty, oba związane z wyzwaniem rzuconym przez jedną osobę - nie ma to jak motywujące do regularności zabawy :)


Mój restart wiąże się z kilkoma znacznymi zmianami na zdjęciu :)
Już w zeszłym tygodniu wspominałam, że te zmiany nastąpiły, jednak problemy z autem i późny powrót do domu uniemożliwiły mi napisanie posta. Dziś też z czasem krucho, ale zapobiegawczo zrobiłam zdjęcie już wczoraj ;) I od momentu zrobienia zdjęcia do chwili kiedy piszę tego posta nic się w zaprezentowanych robótkach nie zmieniło.


Książka ta sama, ciut podgoniłam w czasie świątecznego weekendu, ale niewiele jednak. Może do końca roku się z nią wyrobię :D
Robótkowo za to nowości.
Po pierwsze - zniknęła ze zdjęcia chusta, która została ukończona i nawet sprawdzona w praktyce, choć jeszcze nie zblokowana (to się stanie może w weekend, jeśli się uda). Już ją lubię. Idealnie pasuje do mojego jesiennego płaszczyka, grzeje i można się nią fajnie opatulić. Na ładne zdjęcia zupełnie nie ma teraz pogody, więc nie wiem kiedy doczeka się sesji...
Po drugie - sweter ruszył do przodu. Zaraz po skończeniu chusty dokończyłam plecki swetra i zaczęłam jeden z przodów, który widać na zdjęciu. I mam coś koło połowy tego przodu, więc nie jest źle ;) 
Tym bardziej, że..
Po trzecie - pojawiła się nowa szarość, która jest początkiem czapki. Czapka będzie w komplecie z szalem, który dziergał się od momentu sprucia początku komina, który pokazałam na moim ostatnim zdjęciu, dwa tygodnie temu. Dziergałam go w ukryciu, bo ma być prezentem urodzinowym. Skończyłam w niedzielę i zaraz nabrałam oczka na czapkę. Na razie nie robię jej na okrągło, bo przy tym wzorze jakoś łatwiej mi działać "w tę i z powrotem" ;) Zamknę ją w okrąg jak zacznę odejmować oczka... cały czas się zastanawiam jak to odejmowanie będzie wyglądało w praktyce przy tym wzorze... przekonam się już niedługo :)

To by było na tyle w temacie wspólnego dziergania i czytania. A teraz lecę dokończyć list... :)


wtorek, 3 listopada 2015

Blogowy maraton listopadowy: pycha

Dziś w maratonie słowo-klucz bardzo dwuznaczne. Bo co mi pierwsze na myśl przychodzi?



Zdjęcie pierwsze, to moje popisowe muffiny, o których wspominałam nawet na blogu. Na drugim zdjęciu tort walentynkowy z ubiegłego roku. Też był pyszny :)
Lubie słodkości i raczej to one kojarzą mi się z czymś pycha, znacznie rzadziej będzie to danie wytrawne :) 
Lubię też piec, a w związku z tym, że przez ostatni rok nie mam takich możliwości (nowa kuchenka, w której działa piekarnik wciąż jest na liście zakupów ;)) to w ubiegły weekend wyżyłam się w tym temacie, korzystając z piekarnika Mamy :) Muffiny czekoladowo-bananowe też oczywiście były w repertuarze :)

Ale jest też druga pycha...

Jeden z siedmiu grzechów głównych, wyniosłość, zawyżona ocena samego siebie, przeświadczenie, że jest się lepszym, wręcz doskonałym. 
Moja samoocena zawsze była na zaniżonym poziomie. Z tego braku wiary w siebie wyleczyło mnie rękodzieło, które pozwoliło mi uwierzyć, ze coś potrafię, do czegoś się nadaję, wychodzi mi. Czy przerodziło się to w pychę? Mam nadzieję, że nie :) Potrafię być krytyczna wobec tego co zrobię, ale nie próbuję kryć dumy ze WSZYSTKIEGO co zrobię. Bo nawet jeśli nie jest doskonałe, to każdorazowo przynosi mi nową naukę. Jest jeszcze masa rzeczy, których nie wiem, ale lubię porywać się na głęboką wodę i podejmować się zadań, które znacznie przekraczają moje dotychczasowe umiejętności. Kończąc taką robótkę czuję dumę, która może nawet chwilowo przysłania niedociągnięcia. :) Ale kiedy oglądam w sieci piękne projekty uzdolnionych dziewczyn (i chłopaków :P) znów czuję się malutka. Długo jeszcze będę dochodzić do takiego poziomu, o ile w ogóle to kiedyś nastąpi :) 


poniedziałek, 2 listopada 2015

Blogowy maraton listopadowy: Ranek

Chciałabym takich ranków jak z reklamy, albo amerykańskiego filmu. Niespiesznych, ciepłych, ze szklanką świeżo wyciśniętego soku i uśmiechami bliskich. Chciałabym rano usiąść na chwilę i spokojnie wypić kawę przygotowując się na zmaganie z nadchodzącym dniem.
Życie to jednak nie reklama.
Mój poranek zaczyna się kiedy o godzinie 5:00 dzwoni budzik. Jest ciemno, więc tym bardziej uważam, że to jeszcze noc. Oboje z moim F uwielbiamy spać, a najbardziej to z rana właśnie, więc jakoś szczególnie wiele energii na dźwięk budzika nie mamy. Ciągle w  pośpiechu, niedospani, tęsknie spoglądający w stronę łóżka. Odliczamy dni do weekendu. Do niespiesznego śniadania, kawy w łóżku dopijanej. Leniwego przeciągania się w pościeli, kiedy to licytujemy się kto ma pierwszy wstać i zaparzyć kawę.
Jednak dziś, kiedy mój poranek rozpoczął się prawie dwie godziny później, dając mi szansę na wyspanie się, ogromnie cieszę się, że jutro wstanę znów wcześniej. Bo wczesne poranki, oznaczają wspólne wieczory. Herbatę w dzbanku, podjadanie ciasteczek, wspólny serial. Nocne grzanie stóp o Jego stopy. I porannego buziaka na dobry dzień.
A czasem, dość rzadko, ale jednak, zdarzają się dni, kiedy po porannym buziaku ja wracam do łóżka, na małą drzemkę. Potem wstaję i delektuję się porankiem i czekam na wieczór.






niedziela, 1 listopada 2015

Blogowy maraton listopadowy: Smutek

Dziś smutek kojarzy się z tym co się skończyło. Smutno jest z powodu braku osób, które były nam bliskie, których obecność wyraźnie zaznaczyła się w naszym życiu, których odejście nas dotknęło. Ale czy smutno może być tylko po stracie czegoś cennego? Brak czegoś, czego nie jest nam dane doświadczyć też budzi smutek. Tak jak smucimy się, bo "już tego nie ma", tak też jest nam smutno, bo "jeszcze nie, być może nigdy...". Smutek chyba zawsze, a na pewno najczęściej wiąże się ściśle z tęsknotą. A tęsknota z miłością.
Ja dziś tęsknię. Tęsknię za tymi, których nie ma już od wielu lat. Smutno mi, że nie zdążyłam się pożegnać, a dziś nie mogę dzielić z nimi tego co się w moim życiu dzieje. Tęsknię, za tymi, którzy są, ale jakby trochę dalej. Niby wiem, że niezależnie od wszystkiego zawsze będzie nas łączyło to samo, jednak smutno mi, kiedy codzienność nie pozwala nam być tak samo blisko jak kiedyś. I tęsknię za tym, który jest od stosunkowo niedawna, a jednak jakby od zawsze. Dziś jesteśmy daleko, jest mi smutno, bo to już czwarty dzień. Smucę się czekając, czekam ciesząc się, że już jutro. Więc można cieszyć się smutkiem?


***
II.
Jak puste kłosy, z podniesiona głową,
Stoję rozkoszy próżen i dosytu,
Dla obcych ludzi mam twarz jednakową,
Ciszę błękitu: 
Ale przed tobą głąb serca otworzę,
Smutno mi Boże!
Juliusz Słowacki, "Hymn"
***

Czasem, gdy mi smutno, jest mi dobrze. Odnajduję się w tym smutku, potrzebuję go, czerpię z niego. 

Dziś nie będę się smucić. Dzisiejsze święto jest przecież z natury radosne. Poza tym, jak to mawiał ksiądz katecheta w moim gimnazjum - dziś są imieniny nas wszystkich! Świętujmy więc ten dzień, niekoniecznie w smutku!
       

czwartek, 29 października 2015

Nowe, inne wyzwanie

Wczoraj pierwszy raz nie udało mi się wystąpić we Wspólnym dzierganiu i czytaniu u Maknety :( Rzeczywistość mnie przerosła, kolejny foszek losu zdecydował za mnie... Szkoda, bo w tym tygodniu ruszyłam z kopyta i coś by się wreszcie na zdjęciu zadziało. Poopowiadam o tym w przyszłym tygodniu, będzie jeszcze więcej do mówienia :) I mam cichą nadzieję, ze listopad będzie dla mnie bardziej łaskawy niż okazał się być październik :/

W ramach rekompensaty za wytrącenie się z rytmu i regularności w udostępnianiu postów postanowiłam spróbować wziąć udział w blogowym maratonie, który zaproponowała Makneta. Zachęca mnie luźne podejście do tematu. Od początku wiadomo, że nie trzeba każdego dnia napisać. Można sobie te dni wybrać, a można starać się napisać 30 postów w miesiącu.

Ja się postaram, choć pewnie łatwo nie będzie. Kilka słów-kluczy już obudziło skojarzenia i wiem, co bym chciała napisać w związku z tym. Inne... będą wyzwaniem :) Ale przecież ja lubię wyzwania :)

Może też chcecie się przyłączyć?  Poniżej lista tematów maratonu, a kliknięcie w zdjęcie zaprowadzi Was do posta, w którym Makneta pisze o wyzwaniu :)


środa, 21 października 2015

Wspólne dzierganie i czytanie: koniec i początek



W kolejnym tygodniu wspólnego dziergania i czytania z Maknetą pojawiam się ze zmianami :) To rzecz wręcz niewiarygodna, można by stwierdzić ;) Nowości na moim zdjęciu prezentują się następująco:




Zacznę od robótek, bo tu pójdzie szybciej.
Mika, niestety do ukończenia swetra jeszcze daleko. Poczułam jakoś, że wymaga on ode mnie większego skupienia, trochę liczenia (mimo, że to płachta prawych i lewych) i wobec tego zostawiłam na chwile, kiedy będę mogła mu poświecić ciut więcej uwagi.
Za to ruszyłam z chustą. Właściwie to już zrobiłam więcej niż zakładał wzór, ale wolę żeby była większa. Najprawdopodobniej będę ją robić póki starczy mi szarej nitki. Pozbędę się w ten sposób jednego kłębka z zapasów, a chusta będzie w stanie ogrzać ramiona :)
Ze zdjęcia zniknęła szaro-czerwona plamka - jak pisałam w zeszłym tygodniu, ten projekt został ukończony. Efektem podzielę się w piątek :) To będzie wielki debiut :P
Za to pojawiła się nowość - znów na szaro. Na zdjęciu jeszcze w formie udziergu, który ulegnie spruciu - przyjmowałam taką ewentualność. Mam do wykorzystania dwa motki włóczki (z której powstały wcześniej dwie czapki: klik i klik) i chcę je przerobić na komin lub szalik męski. Zabrałam się za komin z podwójnej nitki i po przerobieniu prawie całego motka stwierdzam, że nie starczy. Chyba jednak bezpieczniejszy będzie szalik...

Wielka nowość to nowa książka. Wciągająca od samego początku pierwsza powieść Jo Nesbø. 
Na mojej półce stoi 12 książek tego autora i zamierzam przeczytać je ciągiem. Uprzedzam więc,
że czytelniczo to u mnie będzie bardzo monotematycznie w następnych miesiącach :D


Ale dziś jeszcze chciałabym wrócić do poprzedniej książki. Dokończyłam ją w sobotę i obiecałam
sobie pozostawić tu kilka słów o niej. "Białe piekło" to książka z którą spędziłam lato i część jesieni ;)
Nie dlatego, że ciężko mi się ją czytało, u mnie to po prostu zawsze będzie długo trwało.
Jest to pierwszy tom cyklu, do którego chcę wrócić. A skoro chcę wrócić to znaczy, że mi się
podobało, prawda? :P

Moim zdaniem największą zaletą tej powieści jest jej główna bohaterka. Edie Kiglatuk to kobieta
charakterna, mocna, uparcie dążąca do wyznaczonego sobie celu. Nie jest idealna, potyka się, traci 

kontrolę, ale ostatecznie jednak potrafi znaleźć w sobie siłę do obrony najważniejszej dla niej wartości: 
rodziny i pamięci po najbliższych. 
Mam słabość do silnych kobiet :P Zauważyłam ją (tę słabość) oglądając serial "Suits". Kreacja silnej,
charakternej kobiety z pazurem, która potrafi uderzyć pięścią w stół, albo wręcz przeciwnie -
pokierować mężczyzną tak, że ten nawet się nie zorientuje... taaak, to jest to, od czego miękną mi
kolana :) 

A tak zupełnie poważnie to bardzo cenię taki sposób pokazywania płci pięknej. Nie jestem "jakąś tam" 
feministką, o nie. Ale przecież kobiety to nie słaba płeć, my też mamy w sobie siłę, prawda? :)
I właśnie za taką siłę, determinację i też trochę zaufanie własnej intuicji polubiłam Edie. Skoro autorka

postanowiła kontynuować jej historię to ja chętnie do niej wrócę. I Was również zachęcam :)

środa, 14 października 2015

Wspólne dzierganie i czytanie: zimno!

I znów minął tydzień. Bardzo zimny to tydzień. Nie chce się wierzyć, że dwa miesiące temu ledwo zipaliśmy od upałów. Naprawdę nie rozumiem dlaczego pogoda nie potrafi wypośrodkować...

Panujące za oknem (a w moim wypadku niestety też w pomieszczeniach :/) zimno inspiruje do tworzenia cieplutkich rzeczy z grubych włóczek. Całymi dniami marzę o mięciutkich wełenkach, na które ciągle brakuje czasu.

Jednak czasem daję się porwać inspiracji. Dlatego dziś na zdjęciu będzie trochę bałaganu ;)





Zacznę od książki. Coraz bliżej do końca, choć dopadam do niej rzadko. Ostatnie rozdziały wciągają bardzo, więc tylko rozsądek każe czasem książkę odłożyć. Jak dobrze pójdzie to za tydzień napiszę o niej trochę więcej, w ramach podsumowania lektury :)

Robótkowo trochę zmian. Szaro-bure robótki (sweter i chusta) odpoczywają, ale od jutra powoli do nich wracam. Na zdjęciu miejsce znalazły czerwono-szare nowości, które królowały u mnie przez ostatnie dwa tygodnie, oraz czapa i komin z grubej włóćzki, które odciągnęły mnie od wszystkiego innego na przełomie tygodni. Wszystkie one są już skończone, potrzebują tylko odrobiny mojej uwagi i pochowania nitek, czym zajmę się dziś. Czapa z kominem jutro trafią w ramach prezentu do mojej Bratowej, a czerwono-szare cosie będą wołały o sesję zdjęciową, aby stać się głównymi bohaterami jednego z najbliższych postów ;) 

A tak z innej beczki: wyć mi się chce w związku z brakiem czasu. Mam w planie jeszcze dwa prezenty robótkowe na listopad, zamówiony prezent na święta, rozbabrane dwa projekty i kilka, które bardzo mocno mnie wołają. W tym wszystkim leżę z bombkami (a chciałam kilka stworzyć na choinkę). Zatęskniłam też za amigurumi, ale kiedy???? Wiem, że nie tylko ja tak mam, ale jak widzę coraz to nowe piękności wykonane przez te osoby, które akurat czasu mają trochę więcej, to aż mnie skręca ;) Czekam na emeryturę! Jeszcze tylko 41 lat...




środa, 7 października 2015

Wspólne dzierganie i czytanie: pośpiech.

Te moje środowe wpisy będą chyba zawsze pod znakiem pośpiechu wielkiego, ale dziś to już jego maksimum...  Zapraszam na wspólne dzierganie i czytanie



Zmiany jak to u mnie niewielkie...



Książka wciąż ta sama, ale już jakby coraz bliżej końca, Nie chcę sobie wyznaczać terminów, ale 120 stron zostało, więc nawet na moje ślimacze tempo to niewiele ;)
W robótkach stan praktycznie niezmienny. Szaroburaki nie powiększyły się o ani jedno oczko. Za to czerwono-szarzaki zostaną zakończone w tym tygodniu, więc je pewnie po weekendzie z radością i dumą zaprezentuję ;) 








środa, 30 września 2015

Wspólne dzierganie i czytanie: urodziny!

Hejo! Wpadam na sekundę, żeby nie przegapić środowego spotkania u Maknety...


Wiele nie napiszę, bo mam dzień wariata istny. W sumie to powinnam siedzieć i pić urodzinową kawkę, ale nie mam na to szans. Dlatego dla Was szybkie zdjęcie i garść informacji :)



Z robótek, które znacie: niewiele się działo. Troszkę przybyło w temacie chusty tym razem, sweterek leżał i czekał. 
Ale za to pojawiła się czerwono-szara nowość. To będzie moja premiera w wielkim stylu :D I mam nadzieję, że tej premiery nie spieprzę, za przeproszeniem :D
Jeśli chodzi o książkę, to jeszcze pewnie długo będziecie oglądać ciągle tę samą okładkę ;) Ale poszłam do przodu, nawet więcej niż ostatnio :P
Z jeszcze większych nowości: rozpoczęłam w tym tygodniu karierę na instagramie! Tak mnie tknęło :P Na razie mi się podoba, mam zamiar się tam regularnie udzielać. Więc jeśli ktoś miałby ochotę na bieżąco śledzić co się u mnie robótkowo dzieje to zapraszam serdecznie do śledzenia:
zarazonapasja

Właśnie z instagrama pochodzi dzisiejsze zdjęcie :)

środa, 23 września 2015

Wspólne dzierganie i czytanie: pierwszy dzień jesieni

Jesień? Nie, dziękuję, nie skorzystam... Chciałabym się wymigać, jakoś wypisać z nadchodzących miesięcy. Znaleźć sposób, żeby móc wyjść z domu dopiero w maju... Jeszcze się na dobre nie zaczęło, a już mnie dopada jesienna depresja! Złapałam się na tym, że włączam światło. Górne oświetlenie mi nie wystarcza, zapalam jeszcze lampkę i świecę sobie nią w twarz. I to nie tylko do robótek, do siedzenia na kanapie też. Nie wspomnę już jak na mnie działa ciemna noc o 5 rano, kiedy dzwoni budzik... ach... do wiosny jeszcze 180 dni :(

Tak mi dziś smutno z powodu odejścia lata. Ale przybywam ze zdjęciem, które mnie trochę ogrzewa. Dziś mój "drugi raz" we...


Zdjęcie znów szaro-bure, jak na jesień przystało. Niewiele się zmieniło od zeszłego tygodnia, choć i bardzo wiele zarazem ;)


Książka ta sama, robótki te same, a jednak trochę inaczej ;) 
Chusty nie tknęłam, choć podejrzewałam, że to ona się wyrwie do finiszu. Nic z tego. Jak ją schowałam "do wora" po zrobieniu ubiegłotygodniowego zdjęcia, tak wyjęłam dopiero dziś, żeby zrobić kolejne. Nawet się zastanawiałam, czy ona ma tu w ogóle prawo wystąpić, ale ostatecznie jest, bo jakby nie było - jest w trakcie dziergania ;)
Za to sweterek ruszył z kopyta. Płachta na zdjęciu to prawie całe plecy. Myślę, że jeśli nic nie stanie na przeszkodzie, to tył będzie gotowy jutro. :)
W książce niewiele do przodu, ale zawsze. Dobrze mi się ją czyta, tylko czasu brak. Ubiegły tydzień był mega zwariowany, weekend obfitował w atrakcje, a w tym tygodniu to się zastanawiam jakim cudem jest już środa. Ale może to i dobrze, jak mówią: "środa to taki mały piątek", więc do weekendu już bliziutko. :)
Ale zanim weekend nastąpi pojawię się tu znów... jak tylko wytypuję kandydata do kolejnego postu ;) 


środa, 16 września 2015

Wspólne dzierganie i czytanie: debiut

Zadebiutuję dziś w czymś zupełnie dla mnie nowym... Wspólne dzierganie i czytanie u Maknety to akcja, której nie da się nie zauważyć :) Ja spotykam się z postami z tego cyklu od dawna, lecz dopiero teraz postanowiłam dołączyć. Jak już wspominałam, upatruję w tej akcji sposób na reaktywację swojego bloga :D Plan jest taki, żeby w środy pojawiały się posty ze stosem nitek i książek, a oprócz tego w każdym tygodniu prezentacja gotowych prac, czyli najzwyczajniejsze posty "standardowe". Okazuje się, że wcale nie jest łatwo taki plan zrealizować! Ale nie ma co się zastanawiać nad przeciwnościami, trzeba się po prostu brać do roboty :D


Dziś zdjęcie szarobure, takie mocno jesienne. Robótki właśnie takie ostały mi się na drutach (tak, tak, aktualnie nic szydełkowego się nie dzieje, druty mnie pochłonęły bez reszty), a i późna godzina wykonania zdjęcia oraz aura zrobiły swoje :(


Dziergają się dwie rzeczy: chusta i sweter. Nie będę zdradzać szczegółów (to też będzie zasada mojego udziału w akcji :)), jak skończę to pokażę wszystko :) Robótki, które załapały się na zdjęcie to moje tzw. "w wolnej chwili" - tj. zabieram je ze sobą wszędzie i dziergam jeśli znajdę chwilę. Chwilę taką znajduję nie zawsze, więc rosną one w dość ślimaczym tempie ;) Ale w związku z tym, że "wykończyłam" różne inne rzeczy, jedna z nic (najprawdopodobniej chusta, bo jest jej już więcej) wejdzie na pierwszy plan działania. Jednak na tym pierwszym planie będzie musiała zmieścić się jeszcze z haftem, bo tak się jakoś stało, że chwyciłam znów za kanwę i mnie wciągnęło. A jak mnie już wciągnęło to nie chciałabym przestawać, bo szkoda byłoby zmarnować hafciarskie odrodzenie :D

Czyta się "Białe piekło" M.J. McGrath. Książka kupiona przypadkiem, w koszu z tanią książką (uwielbiam takie buszowanie!). Czyta się już dość długo, ale u mnie z czytaniem tak jest, że posuwa się jeszcze wolniej niż najbardziej ślimacząca się robótka... Brak czasu po prostu (przez ostatni miesiąc przeczytałam zaledwie kilka stron, książka leżała właściwie zapomniana). A "Białe piekło" towarzyszyło mi podczas największych upałów letnich. choć mentalnie chłodząc mnie trochę. Swoją drogą to zabawne czytać w 40-stopniowych upałach, że zaczyna się wiosna, więc temperatura kształtuje się w mniej więcej na poziomie minus 20 stopni, albo że przyjezdny rozgrzał pomieszczenie do tropikalnych temperatur, tj. 15 stopni :) I w sumie po czymś takim upały jakby mniej mi przeszkadzały - wolę je, niż taką wieczną zimę arktyczną... Teraz to już wypadałoby tę książkę skończyć, bo zaczyna powoli przypominać o zbliżającej się zimie... brrrrr... Jestem dopiero w połowie, ale w związku z tym, że jest to kryminał, to ta połowa powinna mnie zacząć wciągać bez reszty ;) No właśnie, bo trochę o treści by się przydało. Zacytuję okładkę:
Edie Kiglatuk, pół Innuitka, pół biała, jest najlepszą przewodniczką w dalekim zakątku Arktyki. Jednak nie cieszy się szacunkiem starszyzny rządzącej w izolowanej społeczności tubylców na Wyspie Ellesmer'a. Podczas prowadzonej przez nią wyprawy jeden z uczestników zostaje śmiertelnie postrzelony. W tym samym czasie bliska jej osoba popełnia samobójstwo. Choć te wydarzenia na pozór nie wiążą się ze sobą, Edie podejrzewa, że jest inaczej. Postanawia sama znaleźć rozwiązanie tej sprawy. W tym celu musi jednak opuścić swoją wioskę i wyruszyć na dalekie krańce tundry.
A teraz zmykam do kuchni, pora na obiad...


piątek, 4 września 2015

Otul jesień: wielka porażka i równie wielka wygrana ;)

Ile to już czasu minęło? Wcale nie będę liczyć i głośno nie powiem, że prawie rok. Udzieg, który dziś zaprezentuje ma u mnie bardzo długą historię, ale już wiem, że to nie jedyny, który tworzy się burzliwie ;) Historię wyzwaniowego swetra znajdziecie TU - w zeszłorocznych postach.
Powstał. Został spruty. Powstał. Ale nie na czas. A potem jeszcze wypadałoby zdjęcia zrobić. Jednym słowem poległam po całości. Jako organizatorka wyzwania powinnam się lepiej spisać - tak uważam i nic mnie w moich oczach nie usprawiedliwi i nie rozgrzeszy ;)
Przyjęłam jednak tę porażkę, przetrawiłam ją, dojrzałam też do prezentacji swetra i... być może reaktywacji bloga? ;) Chyba dobrym na to sposobem będzie wzięcie udziału we "Wspólnym dzierganiu i czytaniu u Maknety"... Dziś już piątek, więc od przyszłego tygodnia..? Ale żeby nie odkładać "do juta" już dziś blog prezentuje się w nowej odsłonie. Nowa szata na zachętę, żebym poczuła świeży powiew i nabrała znów wiatru w żagle :)))

Ale wracając do swetra! Choć organizacja wyzwania mnie rozłożyła, to jednak sweter powstał i na dodatek nadaje się do noszenia! :D I to jest powód do dumy, to jest ta moja wygrana! Bo przecież to był pierwszy taki mój wielki projekt ciuchowy, jest się z czego cieszyć. Więc się cieszę :)

Sweter przez rok od powstania swoje przedszedł :D Był moim bazowym ciuchem jesienno-zimowym, więc jak najbardziej wpisał się w temat wyzwania - otulił ponure miesiące :) Jakoś w połowie sezonu odkryłam dlaczego musiałam wydłużać rękawy w stosunku do rozpisanego wzoru (i to o jakieś 10 cm!). Stało się to zupełnie przypadkiem, kiedy to moja mama postanowiła zrobić mi przyjemność i mi ten sweter wyprała. Co prawda ręcznie (bo do takiego prania został odłożony), ale za to... mokrusieńkiego powiesiła go pod prysznicem na wieszaku ubraniowym do wyschnięcia. Jako że sam sweter waży coś koło 700 gram, to mokry osiąga wagę słonia... efekt był do przewidzenia, całość wydłużyła się o 10-15 cm. Rękawy też! :D Na szczęście nie wpłynęło to na użytkowość swetra - jedynie rękawy muszę wywijać, ale w takiej wersji też się nieźle prezentują :)

Chcielibyście wreszcie zobaczyć ten sweter? Proszę bardzo! Zdjęć trochę będzie....

Pierwsze - w zimowej scenerii, bo to właśnie zimą, w Pierwszy Dzień Bożego Narodzenia, kiedy to święta zaskoczyły nas śniegiem natchnęło mnie do urządzenia sesji. Ostatecznie jednak zdjęcia nie wylądowały na blogu, co zamknęłoby temat wyzwania z mojej strony. Po prostu nie byłam zadowolona z efektów. Fotograf nie przejawiał chęci współpracy, a i dla mnie nie był to najlepszy dzień. Jednak żeby udowodnić, że miałam zamiar...



kici, kici... któż to się tam czai pod świerkowymi gałązkami? ;)


Mamy i małego rozrabiakę :) 


Do sesji z prawdziwego zdarzenia doszło pod koniec sierpnia, w czasie wakacji moich i F. Za plener posłużył nam ogród wokół domu, w którym wynajmowaliśmy pokój. I tym razem z efektów jestem zadowolona. BARDZO! :)



Widzicie zakładkę na rękawie? Nie planowałam jej :D Po prostu w połowie wszywania pierwszego rękawa stwierdziłam, że pojawi mi się nadmiar. Już tak bardzo chciałam mieć przygodę ze swetrem za sobą, że zrobiłam zakładkę zamiast pruć :D Przy drugim rękawie postarałam się żeby wyszło tak samo i w ten sposób dodałam do projektu coś całkiem od siebie :D 


W użytkowaniu rękaw jest jeszcze dłuższy... zawsze można podwinąć :D



Kokosowe guziczki dodają mu uroku - lubię je!


Pod światło - pięknie!






Zapamiętajcie to krzesło, pojawi się w jeszcze jednym sweterkowym poście :D

Uff... Udało się! Wyszydełkowałam sweter, zrobiłam mu sesję i napisałam posta! Tak! To jest sukces! A jeśli ktoś dotrwał do końca i przeczytał wszystko co napisałam, to też może sobie dziś w kalendarzu sukces wpisać :)

Pozdrawiam!

Izzy